Start TOPIENIE SAMOLOTU 2010 rok.
Topienie samolotu na koparkach 2010


Pierwszy raz w życiu miałam okazję uczestniczyć w akcji topienia jakiegoś obiektu. Był nim Antek, czyli samolot, który został sprowadzony przez Mirka na swoją bazę. W planie mieliśmy zatopić go po około 2 tygodniach od przybycia, niestety jak to często bywa, plany mają się nijak do rzeczywistości.


Samolot przeszedł kompleksową renowację. Pousuwane zostały wszystkie linki, kable oraz ostre elementy wyposażenia. Janusz odbudował mu cały przód wraz ze śmigłem oraz skrzydła, z których wcześniej zrywaliśmy brezent. Całość została elegancko pomalowana na srebrny kolor, w ramach czego dwie firmy, które się tym zajęły, domalowały swoje loga tu i ówdzie :) Nie zabrakło szczęśliwej dla Janusza „13” oraz kilku przemyconych po ciuchu napisów „Nemo”, „Paweł”, „Leszek” i „Zelir” :) Do kabiny dokupiono dwa kościotrupy, z których główny pilot ubrany jest w odpowiedni dla swojej funkcji strój, natomiast drugiego wsadzono w ocieplacz nurków zawodowych. Wszystko dlatego, że tamten „dojechał” na ostatnią chwilę i zabrakło dla niego innego wdzianka. Po długich dyskusjach (kiedy już było wiadomo, że będą piloci ;-) ) postanowiliśmy zamknąć na stałe ich kabinę. W tym celu wraz z Leszkiem przygotowaliśmy kątowniki, które zaraz po zatopieniu, miały być wkręcone do drzwi. Dlatego po a nie przed, gdyż w trakcie akcji w kabinie umieszczona została kamera, która na żywo rejestrowała wydarzenia. Największym problemem okazała się sama logistyka przedsięwzięcia. Ponieważ Janusz dorobił Antkowi koła, samolot można było przepchać. Notabene z Leszkiem pojechaliśmy po nie do Chorzowa na ulicę Rycerską, gdzie bardzo sympatyczna pani oddała je nam za darmo. Jak to stwierdziła „maluchem nikt już nie jeździ, więc nie są jej do niczego potrzebne. Poza tym  ma więcej i chętnie odda jeśli tylko chcemy” :-).


Dzięki pomocy wojska z Lublinca, Antka udało się przepchać z parkingu przed pierwszą wiatę (po drodze o mało nie zrobiliśmy z jednego auta cabrioleta a z budki Sławka małej ruinki). Tam, na specjalnie do tego celu położonych gumach, dociągnęliśmy go do samego skraju wyrobiska. I teraz dopiero się zaczęło. Zakłady czy nie wpadnie od razu do wody i nie oprze się o ścianę. Czy nie zsunie się z poduszek powietrznych (które zostały zamocowane pod samolotem!) i nie utopi gdzieś na środku zbiornika, po drodze topiąc jeszcze motorówki, które go ciągnęły. Aż w końcu czy samo topienie przebiegnie pomyślnie i czy nie lepiej było zamocować poduszki nad samolotem a nie pod. Wątpliwości i spekulacji było wiele, ale musiałam przestać w nich uczestniczyć, gdyż przyszedł najwyższy czas by ubrać sprzęt i iść do wody.


Przy każdej poduszce były zespoły dwuosobowe, które miały za zadanie wypuszczać powietrze z poduszek w ten sposób, by schodziło ono równomiernie z każdej strony. Poza tym część płetwonurków miała pływać ze stage’ami, by w razie czego dopompować którąś z nich. Wszystko pięknie, ładnie ale na teorii się skończyło :) Kiedy już motorówki zaciągnęły nas na oznaczone przeze mnie miejsce i zaczęliśmy wypuszczać powietrze, samolot długo nie chciał się zatopić. Wszyscy się śmiali, że jest on niezatapialny i po co cała ta obawa, że od razu spadnie na dno. Aż w końcu coś zaczęło mnie niepokoić… Ponieważ wraz ze swoim kolegą z pary obstawialiśmy tył, zauważyłam, że podnosi się on za bardzo do góry. Powiedziałam to Mirkowi a on tylko stwierdził, że jak woda dostanie się do środka, to samolot powróci do poziomu. Cóż nie wypadało mi się kłócić ze starszym i bardziej doświadczonym ;-) Nagle okazało się, że prawa strona wypuszcza powietrze szybciej niż lewa. Kazali prawej przestać a lewej nadgonić i nagle… tył zaczął podnosić się bardzo wysoko. Powiesiliśmy się za ogon, by go dociążyć, ale nic to nie dało. Mirek zwołał wszystkich na tył, jednak… nie dość, że dziób zaczął zanurzać się jako pierwszy to jeszcze samolot przechylił się na lewe skrzydło. Krótko potem tonął z taką prędkością, że ledwo zdążyliśmy odpłynąć. Dobrze, że nikt z nas nie wplątał się w linę. Było niebezpiecznie. Wszyscy zamarli. Z brzegu usłyszeliśmy tylko „ale uderzył” :-) (oczywiście użyto bardziej niecenzuralnego słowa ;-) )


Ponieważ firma Aquazone wybrała najlepsze miejsce na reklamę (czyli dach), wkurzony wcześniej Mares, zaczął się nabijać, że z reklamy już nici, bo nic nie będzie widać. Na co Sławek z zimną krwią powiedział tylko „eee ja to przewidziałem i namalowałem logo na spodzie skrzydeł” :-) Zanurzyłam się jako pierwsza i po szybkich oględzinach obwieściłam Mirkowi smutną nowinę. Samolot leżał do góry kołami. Nie było dobrze. Nastąpiła szybka burza mózgów i w końcu mamy nowy plan. Pierwsza para miała włożyć do środka duży worek wypornościowy i go napompować. W ten sposób postawiliśmy samolot na dziób. My z Mirkiem przywiązaliśmy linę do ogona, przeciągnęliśmy ją do budki strzałowego na drugim brzegu, przełożyliśmy przez oczko ciężkiej blachy i na końcu przywiązaliśmy drugi worek.. Nasz pompowaliśmy a druga para miała spuszczać powietrze ze swojego (nie obyło się bez pocięcia worka nożem). W ten sposób samolot stanął na maluchowe koła :-) Na koniec tylko obróciliśmy go jeszcze o 90 stopni (tak by ogon leżał mniej więcej w kierunku północnym) i zadanie zostało wykonane. Jeszcze tylko wkręciliśmy kątowniki, otworzyliśmy na stałe wejście do samolotu i w ten sposób obiekt gotowy jest do oglądania.


Zobacz zdjęcia :-)