Start CHORWACJA. SVETA MARINA 2010
Sveta Marina. Chorwacja, maj 2010 rok.


Czas powrócić do rzeczywistości a było tak pięknie… Weekend majowy spędziliśmy w Chorwacji w miejscowości Sveta Marina. Pogoda dopisała. Przez 3 dni chodziliśmy w strojach kąpielowych, gotowaliśmy się w suchych skafandrach i opalaliśmy na kamienistej plaży. Widoki zapierały dech. Dookoła góry porośnięte lasami a na dole przejrzyste Morze Śródziemne. Szkoda, że przyjechaliśmy tylko na 4 dni…


Do Svety Marina dojechaliśmy po 11 godzinnej podróży z Bielska Białej. Była 8:30 rano a na wschodnim wybrzeżu już wstawało słoneczko. Jeansy i polar, które w Polsce nie były nawet dostatecznym zabezpieczeniem przed zimnem, tu wyglądały na mnie dość komicznie. Czekając na przydział campingów oraz dojazd reszty ekipy, postanowiliśmy przebrać się w stroje kąpielowe i wskoczyć do morza. Woda miała 15 stopni, więc trochę nam zeszło nim się zanurzyliśmy:) Jednak z Topenem postanowiliśmy zgrywać twardzieli i się nie podawać. :) Byli też i tacy, co poszli na łatwiznę i założyli pianki. Popływaliśmy trochę w ABC, popodziwialiśmy podwodne życie, poopalaliśmy się w wodzie, aż w końcu przestaliśmy czuć cokolwiek (z zimna) i wyszliśmy na brzeg. Słoneczko jednak szybko nas ogrzało i zaraz mogliśmy czerpać satysfakcję ze słonecznej, tym razem, kąpieli. Nie trwało to jednak długo. Nadszedł bowiem czas, by się zakwaterować, skręcić sprzęt i wejść pod wodę. W końcu po to tutaj przyjechaliśmy :)


Wschodnie wybrzeże półwyspu Istria ma do zaoferowania przede wszystkim ścianki schodzące do 50 metrów. Podwodna fauna i flora, może i nie tak bogata jak w Egipcie, zrobiła na nas wrażenie. Do dyspozycji mieliśmy w zasadzie 3 miejsca nurkowe plus wypłynięcie na wrak statku handlowego „Lina”.


Płynąc na lewo od głównej plaży, trafiało się na rurę (niestety ściekową), która schodziła do 45 metrów. Na jej końcu wydobywały się ścieki :) Taki mały czarny dymek. Płynąc na prawo od niej, na głębokości 40 metrów można było trafić na dwie opony (jedna bardzo duża, druga mniejsza). I to w zasadzie tyle. Oczywiście wzdłuż rury toczyło się podwodne życie. Rozgwiazdy, ryby, jakieś roślinki… to wszystko znacznie urozmaicało płynięcie.


Kierując się całkiem na lewo, można było płynąć wzdłuż ściany, na której również podziwialiśmy faunę i florę. Po jakiś 10 minutach dopływało się na drugą plażę i po jej minięciu trafiało się na najciekawszą ze wszystkich ściankę. Schodzi ona spokojnie do 50, 55 metrów. Można tam zrobić nurkowanie głębokie (o ile 45 metrów to już nie głęboko), podziwiać rośliny i zwierzęta, pływać wśród ławic oraz oglądać ciekawe urozmaicenie terenu. Jest to chyba najfajniejsze miejsce. Również na nurkowanie nocne.


Gdyby ktoś chciał zanurkować płytko, może spokojnie kierować się na prawo od wejścia. Tam, po minięciu ścianki wpływa się na wypłycenie, którym po ok. 10 minutach płynięcia trafia się do bazy nurkowej. Jest to dobre miejsce do odbycia dekompresji, jednak schody, które potem trzeba pokonać by wyjść do domków, były przerażające :) Ja tam nie nurkowałam ani razu.


Trzeba przyznać, że jedynym minusem jest odległość plaży od campingów (jakieś 300 metrów) i schodki prowadzące do wody. Zniesienie sprzętu w takim upale było troszkę uciążliwe, ale nurkowanie wszystko nam wynagradzało. Po wyjściu z wody, można było wypłukać sprzęt pod prysznicami. Przydatne okazało się zabranie ze sobą wózka, którym można było przewozić cały ciężki akwalung.  A już najlepiej mieli właściciele aut. Oni po prostu go wozili w tę i powrotem. Cwaniaczki :)


Dużą atrakcją było wypłynięcie na wrak „Lina”. W prawdzie droga morska zajęła nam 60 minut a nie obiecywane 15, kosztowało nas to 140 kuna a nie 120 jak mówili, jednak było warto. Te nieporozumienia wynikły z niedogadania. My chcieliśmy oglądać wrak „Lina” oni myśleli, że „Lena”. Najważniejsze, że trafiliśmy tam gdzie chcieliśmy a cena, którą musieliśmy zapłacić i tak okazała się jedną z lepszych ofert, jak na chorwackie usługi.  Łódka, którą płynęliśmy była mała i trzeba przyznać, że 12 osób z twinami i stage’ami to był maks, który tam wchodził. Ale było warto. Największa głębokość na wraku to 51 metrów. Jednostka jest duża, nad nią pływają ogromne ławice ryb, jest wiele możliwości penetracji i co najważniejsze, nie ma praktycznie żadnych sieci rybackich. Lina opustowa schodzi na dziób, który jest najwyższym (poza masztem) punktem na wraku. Płynąc wzdłuż burt, głębokość stopniowo się zwiększa, aż do 45 metrów, gdzie znajduje się górna część rufy. Ci, którzy posiadali stosowne uprawnienia mogli zejść na dno i osiągnąć 51 metrów. Trzeba jednak przyznać, że poza głębokością, tylna część wraku była najmniej atrakcyjna, gdyż najbardziej zniszczona. Najwięcej do zaoferowania miało śródokręcie oraz dziób. Tam, dzięki licznym otworom, mogliśmy zwiedzać wrak od środka. Ponieważ możliwości wpłynięcia oraz wypłynięcia było wiele, można było spokojnie spenetrować wrak. Jednostka znajduje się bardzo blisko brzegu, więc na głębokości 2 metrów można było rowanież zwiedzić ciekawą jaskinię. To idealne wręcz miejsce do odbycia dekompresji. Z pewnością cała wyprawa była warta swojej ceny.


Sveta Marina to pewnego rodzaju odludzie. Jest tu cisza, spokój, przepiękne widoki i ładna (raczej) pogoda. Idealne miejsce na wypoczynek. Jeden sklep, trzy bary (poza sezonem czynne do 22) i kilka stoisk z plażowymi ciuchami oraz tamtejszymi trunkami. Campingi były przyjazne i zadbane. Wyposażone w talerze, kubki i sztućce. Był też garnek a patelnia chyba w co 2 lub 3 domku. Lodówka, kuchenka, WC oraz klimatyzacja. Żadnych środków czystości (trzeba zabrać swoje). Warto też mieć własną mikrofalówkę (dla intensywnie nurkujących, nie mających czasu na gotowanie). Nie widziałam też grilla. A szkoda bo miejsce się nadawało :) Bicie butli kosztowało 5-7 kuna / litr. Po 5 napełnieniach, szóste było gratis. Roczne pozwolenie na nurkowanie w Chorwacji 100 kuna. Baza też wyposażona jest w własną komorę dekompresyjną, którą udostępnia w razie wypadku (nawet osobom bez ubezpieczenia). By można było skorzystać z takiej możliwości, właściciel pobierał opłatę 10 kuna/dzień.


Czas niestety szybko nam zleciał i zanim się obejrzeliśmy już trzeba było wracać. Domki mieliśmy wynajęte do niedzieli. Doba hotelowa kończy się tam o 10 rano, jednak okazało się, że można ją było (za darmo ;) ) przedłużyć, jeśli tylko camping nie był zarezerwowany. Zrobiliśmy więc ostatnie nurkowanie i nie do końca nasyceni, wróciliśmy do Polski.


Zobacz zdjęcia :-)