Start BU. POŁUDNIOWA NORWEGIA 2009
BU. Norwegia. Wrzesień 2008 rok


Norwegia, przepiękne państwo o surowym klimacie i ze wspaniałymi fiordami wbijającymi się w wysokie skały, wprawiało mnie w zachwyt z każdym pokonywanym zakrętem, który prowadził do celu naszej wyprawy nurkowej- Bu. Wyjazd zorganizowany był przez Śląskie Centrum Nurkowe Rafa. Ze śląska wyruszyliśmy autami w stronę Olszyny, gdzie kiedyś znajdowała się granica polsko-niemiecka, a następnie kierowaliśmy się na Danię, w której to w Hanstholm czekał na nas prom do Norwegii.


Po 1305 przejechanych kilometrach, następne 264 km spędziliśmy na 8 godzinnej przeprawie promowej, której celem było Egersund. Ostatnim etapem naszej podróży, było pokonanie autem 35 kilometrów dość wąskiej drogi, prowadzącej do Bu. Wijąca się droga pośród stromych urwisk, na dole których znajdowała się woda, skały pnące się wysoko do góry i przepiękne krajobrazy, wynagrodziły nam trudy ciężkiej podróży. Widoki zapierały dech…


Zakwaterowani byliśmy w ośmioosobowej hyttcie, która zlokalizowana była przy samym wejściu do wody. Do dyspozycji mieliśmy również szopę na sprzęt, sprężarkę oraz łódź motorowodną. Wszystko to dosłownie 10 metrów od Morza Północnego… Cudownie. Lepszych wakacji nie mogłam sobie wyobrazić. Te 7 dni pobytu w Norwegii to była istna sielanka. Rano wstawaliśmy łowić ryby. Tu po raz pierwszy w życiu coś złowiłam, byłam również zmuszona asystować przy patroszeniu (dostałam nawet instrukcję w języku angielskim od kolegi z Niemiec, jak to się robi) i… o nie! W smażenie już nie dałam się wrobić :-) Po połowach, wracaliśmy na lekkie śniadanie a potem do wody!


Pierwsze nurkowania wykonaliśmy w samym Bu. Były to nurkowania z brzegu wzdłuż fiordu oraz z łodzi na wyspach położonych jakieś 3 Mm od miejsca naszego pobytu. Głębokość dochodziła do 40-50 metrów, osiągając swoje apogeum u wejścia do fiordu, gdzie można było odnotować ponad 100 metrów. Oczywiście nasze nurkowania „ograniczały” się do 25-40 metrów, wśród otoczenia przepięknej fauny i flory. Kraby, homary, żabnice, makrele, rozgwiazdy, gąbki, meduzy- tyle tego było, że nie wiedziałam gdzie patrzeć. Muszę też dodać że to były moje pierwsze zagraniczne nurkowania, mimo, że patent posiadam już ponad dwa lata. Ale to nie wszystko. Jest jeszcze jedna rzecz, którą zrobiłam po raz pierwszy, podczas tego wyjazdu…


Dzień trzeci i czwarty przeznaczyliśmy na wyjazd do Flekkefjord’u, gdzie po pamiątkowych zdjęciach przy tablicy „No diving, i tauchen verboten ", wykonaliśmy nurkowanie na wraku drobnicowca Gutrun. Ani zejście do wody, której dość płytkie i kamieniste, przez co niebezpieczne dno, ani dopłynięcie 200 metrów na powierzchni do bojki z liną opustową, przy asyście prądu powierzchniowego, ani nawet dość bliska obecność drogi promowej, nie mogła nam tego dnia popsuć humorów. Pogoda była piękna, na wodzie flauta i tylko prąd trochę utrudniał nam zadanie. Ponieważ było nas dużo, każda para, która dopłynęła do liny opustowej, od razu schodziła na dno i tam dopiero czekała na resztę. Podzieliliśmy się na zespoły. Ja nurkowałam z Markiem a Krzysztof z Jolą. Plan był taki, że dopływamy do prawej burty, oni schodzą na dno, zaliczają głębokość i wypływają na poziom pokładu a my w tym czasie ich asekurujemy. Potem zmiana. Ponieważ w trakcie tej wyprawy można było wykonać głębokie nurkowanie, które to jest w programie kursów na wyższe stopnie nurkowe, postanowiliśmy wykorzystać tę okazję. To miało być moje pierwsze w życiu nurkowanie poniżej 40 metrów. Wcześniej byłam na 34,5 m.


Kiedy Krzysztof z Jolą pokazali, że wszystko OK., Marek pokazał mi znak, że się zanurzamy. Moja wyprawa ku odkrywaniu głębin stała się faktem. Opadliśmy na dno i przyłożyliśmy komputery do samego piasku. Nie przejmowaliśmy się zbytnio podniesionymi osadami (chodziło o zaliczenie głębokości a potem spokojnym nurkowaniu nad pokładem wraku). Nie musze chyba mówić, że wcisnęłam swoją rękę jak najgłębiej się dało :) Komputer pokazał magiczne 48,8 metra. Mój umysł pracował na najwyższych obrotach. Zaliczona głębokość, obecność wspaniałego wraku, fakt, że nurkowanie odbywa się w morzu, ryzyko, jakie takie nurkowanie za sobą niesie… Było o czym rozmyślać. W końcu zaczęliśmy się powoli wynurzać, pokazaliśmy naszej parze asekurującej, że wszystko OK. i każdy zespół popłynął w swoją stronę. Wrak był przepiękny. Na dole było ciemno, ale widoczność wręcz idealna. I woda ciepła. 15°C. Nie tylko z nadmiaru wrażeń, można się było ugotować w suchym skafandrze :) Dalej popłynęliśmy w stronę dziobu, a następnie wzdłuż lewej burty ku rufie. Wrak posiada kilka ładowni, do których spokojnie można wpłynąć, jednak zawiedzie się ten, który liczy, że coś tam znajdzie. Wszystko zostało wydobyte. Jest jednak coś, co będzie przyciągać tu płetwonurków kolejny i kolejny raz. Majestatyczny widok koła sterowego, które znajdowało się na rufie, dosłownie wprawił mnie w oniemienie. Prawie zapomniałam o oddychaniu! Fakt, że było ogromne, dumnie wznoszące się ponad rufą, w otoczeniu ryb i porośnięte glonami oraz omułkami, musiało zrobić wrażenie na każdym. Tego widoku nie da się opisać. Sprawiało one wrażenie jakiejś niesamowitej wyjątkowości i powagi. Jakby było dumne, że tam stoi wyeksponowane tak, że nie da się go przeoczyć. A jak już się raz zobaczy, to nie chce się wracać. Nasz czas dobiegał jednak końca. Ponieważ już na powierzchni ustaliliśmy, że strzelamy bojkę i płyniemy do brzegu na kompas, każdy z nas wiedział co ma robić. Dopłynęliśmy do masztu, wzdłuż którego zaczęliśmy wynurzanie. Zaraz też natknęliśmy się na linę opustową i innych płetwonurków, wykonujących przystanek. Po osiągnięciu pożądanej głębokości, Marek strzelił bojkę, ja płynęłam na kompas, on pilnował głębokości. Dopłynęliśmy idealnie. Wyszliśmy z wody. Cała szczęśliwa podeszłam do Boba (asekurował nas z brzegu, robił zdjęcia i pilnował sprzętu) i zaczęłam mu opowiadać, jak to tam na dole było super. Zaniepokoiły mnie jednak dziwne uśmieszki Marka, Joli i Krzysztofa… I stało się. Kiedy zdjęłam suchacza, kazali mi się oprzeć na stage’u i… Tak dostałam trzy razy twardym jete’m po tyłku tak, że nie mogłam potem siedzieć przez dwie godziny. No ale cóż, tradycji musiała stać się zadość :) Chwilę potem miałam okazję na „małą zemstę”. Kolega zszedł na 38 metrów (ponieważ byłam na 48,8 m też już mogłam go ochrzcić). Chęć rewanżu za tę niesprawiedliwość, która mnie przed chwilą spotkała, ból, który towarzyszył mi cały czas, sprawiły, że wyrwałam swojego jet’a z rąk poprzednika, ścisnęłam go w dłoniach z całej siły, wzięłam zamach, zacisnęłam zęby, jeszcze mocniej chwyciłam płetwę i… nie wyszło mi J Za bardzo się „napaliłam” J No trudno. Wspomnienia wraku, osiągniętej na nim głębokości, wyjątkowości koła sterowego i kolejne przepiękne widoki w drodze powrotnej do Bu, szybko pozwoliły mi zapomnieć o nieszczęśliwych dla mnie następstwach głębokiego nurkowania J Jeśli tylko będzie możliwość, wrócę tam za rok.


Zobacz zdjęcia:  NORWEGIA 2008 NORWEGIA 2009