Start WIELKI STAW. KARKONOSZE.
Przygoda w Kotle Wielkiego Stawu


Mój artykuł wyróżniony w Magazynie Nurkowanie nr 3, 2006 rok.


Wielki Staw, marzenie niejednego płetwonurka zamieszkującego kotlinę jeleniogórską, ukazał mi się w całej okazałości po około 40 minutowej górskiej wspinaczce. Widok zapierał dech w piersiach. Szybko zapomniałam o zmęczeniu i ciążących kilogramach balastu oraz innego sprzętu skrupulatnie umieszczonego w dwóch plecakach. Odbijająca się grań w tafli wody, przepiękny widok na Śnieżkę oraz idealna pogoda wywarły na mnie ogromne wrażenie. Wtedy, stojąc na szczycie kotła widziałam, że nigdy nie zapomnę tego nurkowania.


Kiedy dowiedziałam się, że dostaliśmy 3 dniowe pozwolenie na nurkowanie w Wielkim Stawie, nie wiedziałam jeszcze co mnie tak naprawdę czeka. Pierwsze zanurzenie mogliśmy wykonać dnia 17.11.2006r. Istniało więc duże prawdopodobieństwo, że w Karkonoszach spadnie śnieg. Śnieg jak śnieg w nurkowaniu za bardzo nie przeszkadza, nie rozumiałam więc, czym tak bardzo przejmują się moi koledzy. Dopiero, gdy o 11:30 z ciężkimi plecakami wypełnionymi sprzętem nurkowym stanęłam u podnóża stoku, za szczytem, którego znajdował się kocioł Wielkiego Stawu, zrozumiałam ich obawy. Kamienista droga prowadziła w górę wzdłuż strumyka. Aby nie przemoczyć butów, staraliśmy się poruszać po kamieniach i korzeniach drzew. Widoczność ograniczały nam plecaki a kamienie, zwłaszcza w dolnym odcinku trasy, były śliskie i obrośnięte mchem. Gdyby spadł śnieg, wyprawa mogłaby się skończyć tragicznie. Musieliśmy poruszać się w miarę szybko, gdyż zmrok miał zapaść już ok. godziny 16. Z drugiej strony należało oszczędzać siły, bo czekał nas jeszcze powrót po butle, których nie udało nam się zabrać za pierwszym razem. A przecież chcieliśmy jeszcze nurkować. Po takim wysiłku w wodzie o temperaturze 3 st. na wysokości 1225 m n.p.m. nasze nurkowanie łatwo mogło skończyć się jakimś wypadkiem… Gdy cała pobrudzona błotem stałam już na szczycie kotła, pomyślałam, że teraz droga będzie znacznie łatwiejsza. Kolejny raz bardzo się pomyliłam. Aby dotrzeć na dół, musieliśmy przedzierać się przez kosodrzewiny. Ponieważ kocioł objęty jest ochroną, nie prowadzi do niego żadna ścieżka. Sami musieliśmy wytyczyć sobie szlak, więc łatwo mogliśmy się zgubić. To był jeden z najniebezpieczniejszych etapów naszej wyprawy, gdyż ściana kotła była nachylona pod dużym kątem. Miejscami zalegał śnieg, wszędzie znajdowało się błoto. Trzeba było bardzo uważać, aby nie spaść w wyniku poślizgnięcia. Taki upadek z ciężkim sprzętem najprawdopodobniej skończyłby się śmiercią. Gdy dotarliśmy do celu, po raz kolejny nie mogliśmy oprzeć się przepięknemu widokowi. Krystalicznie czysta woda wręcz kusiła nas, aby do niej wskoczyć. Musieliśmy jednak wrócić jeszcze po butle. I gdy po raz drugi pokonywaliśmy górski potok nagle się poślizgnęłam a ciężka butla schowana do plecaka, uniemożliwiła mi utrzymanie równowagi. Z całym impetem upadłam na plecy. W ułamku sekundy, kiedy butla uderzyła o ostre kamienie pomyślałam, że moja głowa podzieli ten sam los. Byłam prawie pewna, że nie zanurkuję już w kotle karkonoskiego stawu. Nawet wolę nie myśleć, co pomyśleli moi koledzy, kiedy zobaczyli jak upadam. Byli przerażeni. Ale stał się cud. Jacket, który również niosłam ze sobą, zamortyzował uderzenie. Nic mi się nie stało. Obiłam sobie tylko łokieć. Byłam zmęczona ale szczęśliwa i myślałam już tylko o tym, aby się wreszcie zanurzyć...


Podzieliliśmy się na dwójki i ustaliliśmy, że nie zejdziemy niżej niż 15 metrów. Chcieliśmy ograniczyć do minimum ryzyko wystąpienia choroby dekompresyjnej. I wreszcie nadszedł ten długo oczekiwany przeze mnie moment. Wymieniliśmy się znakami i w jednej chwili byliśmy pod wodą. Nastała ta niesamowita cisza, którą zakłócały tylko tak dobrze nam znane bąbelki powietrza. Rozejrzeliśmy się wokół i Grzesiu dał mi znak, że płyniemy wzdłuż południowego brzegu. Bacznie wypatrywaliśmy poryblinu jeziornego oraz wirka, czyli reliktów epoki polodowcowej. Cierpliwie i powoli przeszukiwaliśmy każdy kamień i wszystkie zakamarki skalne. Kiedy zeszliśmy na 10 metrów widoczność była tak słaba, że musieliśmy włączyć latarki. Naszym oczom cały czas ukazywały się skały, skałki, kamienie i muliste dno. W końcu 25 minutach poszukiwań, dość silnie zaczęliśmy odczuwać skutki działania zimnej wody oraz zmęczenie. Postanowiliśmy wracać. Trochę zawiedzieni, że nie znaleźliśmy pod wodą żadnej formy życia, zbliżaliśmy się do reszta ekipy. I właśnie wtedy, przy samym brzegu ujrzeliśmy reliktową roślinę. Widząc minę Krzyśka, Maćka i „Foki” zrozumieliśmy, że oni też nie zobaczyli nic pod wodą a ich nurkowanie uwieńczyło odkrycie poryblinu jeziornego. W pełni już usatysfakcjonowani, wyszliśmy na brzeg i wypiciu kubka ciepłej herbaty, zaczęliśmy klarować sprzęt. Już nie mogliśmy doczekać się jutrzejszego nurkowania…